Patroni

Św. Jan XXIII

Mimo krótkiego pontyfikatu św. Jan XXIII uchodzi za jednego z najwybitniejszych papieży w dziejach Kościoła. Znany głównie jako inicjator Soboru Watykańskiego II, "dobry papież" - jak go nazywano - był przede wszystkim człowiekiem pełnym osobistego uroku, skromności i pokory, znanym z doskonałego poczucia humoru.

Każdy może zostać papieżem

Gdy 9 października 1958 r. zmarł po niemal 20 latach pontyfikatu Pius XII, powszechnie uważano, że jedynym godnym jego następcą może być tylko arcybiskup Mediolanu Giovanni Battista Montini, długoletni współpracownik papieża. Niestety, nie był on kardynałem. Według ludzkich kalkulacji należało teraz wybrać - jak mówili złośliwcy - "najstarszego i najgłupszego" wśród purpuratów, aby mianował Montiniego kardynałem, a wkrótce potem zejściem z tego świata opróżnił dla niego tron św. Piotra. 28 października, w trzecim dniu konklawe, w jedenastym głosowaniu, wymaganą większość głosów uzyskał kard. Angelo Giuseppe Roncalli, liczący niemal 77 lat patriarcha Wenecji. Przyjął imię Jana XXIII.

"Każdy może zostać papieżem; najlepszy dowód, że ja nim zostałem" - te słowa zdawały się potwierdzać, że nowy Biskup Rzymu dobrze zrozumiał swą rolę. Już 17 listopada abp Montini znalazł się na pierwszym miejscu listy nominatów, którzy 15 grudnia mieli otrzymać kapelusze kardynalskie. Papież nazywał go potem kardynałem Hamletem... Nic jeszcze nie zapowiadało burzy, jaką Jan XXIII rozpętał, gdy 25 stycznia 1959 r. ogłosił decyzję o zwołaniu soboru powszechnego.

Błogosławiona bieda

Urodził się w górskiej wiosce niedaleko Bergamo w północnych Włoszech. Jego ojciec, mając do wykarmienia dziesięcioro dzieci, przez długi czas był jedynie dzierżawcą skrawka ziemi. "Wyrosłem w atmosferze samowystarczalnej, błogosławionej biedy, która ma bardzo małe wymagania" - wspominał papież. Doświadczenie to naznaczyło go na całe życie, w którym odznaczał się wielką prostotą. Nie imponowały mu godności, którymi stopniowo obdarowywał go Kościół. Nie pragnął ich, przyjmował je niechętnie, w duchu posłuszeństwa. Lecz to właśnie dzięki nim stał się jednym z najlepiej przygotowanych do swej posługi papieży, nie tylko XX w.

Do szkoły chodził 6 km w każdą stronę przez góry, najczęściej boso. Choć był zdolny, nie miał zamiłowania do nauki. Najczęściej zbierał oceny zaledwie dostateczne. Mimo to przyjęto go do seminarium w Bergamo. O kapłaństwie myślał od dziecka. Marzył o tym, by być wiejskim proboszczem... "Nie pamiętam takiej chwili, żebym nie chciał służyć Bogu jako ksiądz" - mówił po latach.

Studia teologiczne kontynuował w rzymskim Seminarium św. Apolinarego, uzupełniając je specjalizacją z historii Kościoła, która nie przestała być jego pasją nawet wtedy, gdy został papieżem.

Chcę być dobry

Nazajutrz po święceniach kapłańskich klęcząc przed papieżem św. Piusem X usłyszał słowa: "Życzę, aby Twoje kapłaństwo stało się pocieszeniem dla Kościoła Bożego". "Chcę być dobry, zawsze, wobec wszystkich" - notował młody kapłan.

Gdy kilka dni później odprawiał prymicje w swej rodzinnej wiosce, ktoś zażartował: "Teraz musi ksiądz się postarać i zostać papieżem". Ojciec Angela nie miał tak dalekosiężnych planów. Kiedyś na widok syna w sutannie wbił łopatę w ziemię, tak że lśniła w słońcu niczym infuła na głowie biskupa, i westchnął: "Och, gdybym któregoś dnia mógł zobaczyć infułę na twojej głowie!".

Jesienią Roncalli został prefektem u św. Apolinarego, nadal studiując, tym razem prawo kanoniczne. Niedługo jednak, gdyż na początku 1905 r. nowy biskup Bergamo - Giacomo Maria Radini-Tedeschi mianował go swoim sekretarzem. Wkrótce 24-letni Roncalli rozpoczął również wykłady w seminarium w Bergamo, najpierw z historii Kościoła, a potem także z apologetyki i patrystyki. Biskup pokochał sekretarza jak syna. Z biegiem czasu coraz bardziej włączał go w sprawy zarządu diecezją, a także w działalność społeczną, gdyż uważał, że Kościół nie może zamknąć się w zakrystii. Mianował go redaktorem naczelnym "Życia diecezjalnego", wysyłał też w świat: do Francji, Hiszpanii, Austro-Węgier, Ziemi Świętej... Niekiedy wyjazdy te miały charakter misji specjalnych, odbywanych na zlecenie Stolicy Apostolskiej. Raport ks. Roncallego po powrocie z Lourdes w 1908 r. miał się przyczynić do życzliwszego spojrzenia rzymskich kurialistów na dokonujące się tam cuda i przybywające tłumy pielgrzymów.

Wojna wiele mnie nauczyła

Pierwsza wojna światowa oznaczała dla Roncallego przywdzianie munduru żołnierskiego. Wprawdzie już jako kleryk odbył służbę wojskową, teraz jednak jako kapelan w stopniu sierżanta, a potem porucznika, z potężnym wąsem i ogoloną głową, posługiwał rannym w szpitalach. Bywało, że przy większym napływie rannych stawał się sanitariuszem, lekarzem, a nawet chirurgiem. Jego podopieczni wspominali później, że uspokajała ich sama jego obecność: głos, spojrzenie, gesty. Najpierw troszczył się o ratunek dla ich ciała, a gdy nie było już na to nadziei - dla ich duszy. Obrazy rannych konających w konwulsjach, ze względu na swą liczbę pozbawionych należytej opieki, rzucających się w gorączce, leżących w kałużach krwi i bez opatrunków, jeden przy drugim, żywi pośród umarłych - mocno wryły się w pamięć przyszłego papieża. "Wojna wiele mnie nauczyła. Jakże dokładnie poznałem wtedy ludzkie serca" - wyznał po latach. "Wciąż pamiętam - wspominał pół wieku później - krzyk Austriaka, z klatką piersiową rozerwaną przez bagnety. Obraz ten jak żywy stał mi przed oczami, gdy pracowałem nad encykliką «Pacem in terris»".

Powrót do Bergamo oznaczał nowe obowiązki: nie tylko wykładał w seminarium, w którym został też ojcem duchownym, ale również zajmował się młodzieżą, tworząc dla niej dom studenta. Jego zdolności organizacyjne sprawiły, że papież Benedykt XV postawił go na czele włoskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary. To on na zlecenie Piusa XI przygotował dekret nadający dziełom misyjnym tytuł papieskich. Nowy styl pracy (uprościł procedury, przełamywał zadawnione tradycje, wyjeżdżał niezapowiedziany za granicę), sukces wystawy misyjnej, którą zorganizował, a także wkład w przygotowanie Roku Świętego 1925 r. zostały docenione: ks. Roncalli przeszedł do pracy w dyplomacji watykańskiej.

Nędzne życie biurokraty

Wraz z przyjęciem święceń biskupich i wyjazdem jako wizytator apostolski do Bułgarii zaczął się w życiu Roncallego niemal trzydziestoletni okres pracy dyplomatycznej. Zarazem był to czas poznawania chrześcijańskiego Wschodu i przełamywania lodów w kontaktach z hierarchią prawosławną. Bardzo pomocne były tu cechy charakteru papieskiego wysłannika, a szczególnie bezpośredniość kontaktów i dar wypowiadania odpowiedniego słowa w odpowiedniej chwili. Lodowate początkowo przyjęcie arcybiskupa, stopniowo nabierało serdecznej atmosfery.

W prawosławnej Bułgarii udało mu się otworzyć katolickie seminarium duchowne i uzyskać uznanie dyplomów katolickich szkół. Klęską natomiast zakończyło się pośrednictwo Roncallego w sprawie ślubu cara Borysa z włoską księżniczką Giovanną. Wprawdzie młodzi wzięli katolicki ślub w Asyżu, jednak po powrocie do Sofii ceremonię powtórzono w katedrze prawosławnej, zaś dziecko zostało - wbrew ustaleniom - ochrzczone w wierze prawosławnej. Mimo to, gdy po 10 latach opuszczał Bułgarię, był zakochany w tym kraju. Poprosił nawet papieża o zmianę tytularnej stolicy biskupiej z Areopolis na bułgarską Mesembrię (dzisiejszy Nesebyr).

Roncalli nie zapominał, że jest nie tylko wysłannikiem Stolicy Apostolskiej, ale przede wszystkim biskupem. "Jak nędzne jest życie biskupa czy księdza zredukowanego wyłącznie do roli dyplomaty lub biurokraty" - ubolewał. Uczył się więc języka kraju, w którym przebywał, aby odwiedzając tamtejszych katolików, nieraz w zapadłych i trudno dostępnych górskich wioskach, móc głosić kazania. On, który znał tylko liturgię rzymską, odprawianą po łacinie, zaczął uczestniczyć w nabożeństwach w rycie bizantyjskim. Nawoływał katolików do kochania swych prawosławnych braci. Poznawał regionalne tradycje. Spieszył z pomocą ubogim - pod siedzibą wizytatora w czasie wielkiego głodu ustawiały się kilometrowe kolejki, a on sam na wózku ciągniętym przez muły przemierzał kraj z zapasami żywności dla potrzebujących.

Arcybiskup w meloniku

Gdy po 10 latach został przeniesiony jako delegat apostolski do Grecji i Turcji, został także wikariuszem apostolskim Stambułu. To właśnie Roncalli nawiązał trwające do dziś dobre stosunki między Kościołem katolickim a patriarchatem ekumenicznym Konstantynopola. Zarządził wprowadzenie kazań i końcowych modlitw Mszy św. po turecku. Jednocześnie podporządkował się obowiązującemu w Turcji zakazowi noszenia stroju duchownego: przez 10 lat chodził w garniturze i w meloniku.

W Grecji uzyskał złagodzenie poniżającej katolików ustawy przeciwko prozelityzmowi. Gdy wybuchła druga wojna światowa Roncalli pomagał uchodźcom, pośredniczył w przesyłaniu jeńcom wojennym listów od rodzin, a przede wszystkim organizował dostawy żywności i lekarstw dla setek tysięcy głodujących Greków. "Trzeba było okropności wojny, żeby nasze drogi się skrzyżowały" - powiedział mu prawosławny metropolita Damaskinos, gdy wspólnie wizytowali sierociniec.

Gdy ambasador Niemiec chciał za pośrednictwem Roncallego wpłynąć na Piusa XII, by udzielił moralnego poparcia Rzeszy walczącej z ateistycznym ZSRR, arcybiskup odparł z gniewem: "A co z tymi milionami Żydów, których pańscy rodacy mordują w Polsce i w Niemczech?". Osobiście uratował tysiące uciekających z Europy dzieci żydowskich, wymuszając na władzach tureckich, by mogły swobodnie odpłynąć do Palestyny.

"Pokutujcie, pokutujcie, pokutujcie..."

Pod koniec grudnia 1944 r. abp Roncalli przybył do Paryża jako nuncjusz apostolski. Wystarczyło kilka pierwszych godzin pobytu, aby "wiejski proboszcz, tak gruby, że nie mieścił się w swej sutannie" - jak go postrzegano - stał się prawdziwą osobistością i ulubieńcem salonów. Jako dziekan korpusu dyplomatycznego miał złożyć życzenia noworoczne w imieniu dyplomatów szefowi rządu gen. Charlesowi de Gaulle. Ponieważ nie było pewności, że przyjedzie na czas, na wszelki wypadek zastępcze przemówienie napisał ambasador ZSRR. Roncalli nie zdążył przygotować tekstu, więc udał się do Rosjanina, od którego pożyczył przemówienie i je wygłosił, dodając od siebie kilka słów o Bożej opatrzności.

Przyjmował u siebie ludzi o różnych orientacjach politycznych, w tym znanych antyklerykałów. - Dzielą nas poglądy? Przyzna Pan, że to tak niewiele - przekonywał jednego z nich. Całą Francję obiegły powiedzonka nuncjusza. Kiedyś w czasie bankietu posadzono go obok mocno wydekoltowanej pani. Podczas deseru podał jej jabłko i wyjaśnił: "Ewa dopiero gdy zjadła jabłko spostrzegła, że jest naga". Lubił żartować ze swojej tuszy. Po uroczystej sesji w Akademii Francuskiej stwierdził, że na tamtejszych krzesłach mieści się tylko pół nuncjusza... Już jako papież usłyszał jak za jego plecami jedna pani mówiła do drugiej: "Jaki on jest gruby!", na co Jan XXIII odwrócił się i odrzekł: "Moje panie, konklawe to nie konkurs piękności".

"Wolę raczej to, co łączy, niż to, co dzieli" - mawiał. To on wspierał powstającą ekumeniczną wspólnotę w Taizé, interesował się ruchem księży robotników, starał się bronić filozofa o. Pierre'a Teilharda de Chardin.

Mianowany kardynałem i patriarchą Wenecji, kapelusz kardynalski odebrał z rąk prezydenta Vincenta Auriola w Pałacu Elizejskim. Wrócił do Francji niedługo przed wyborem na papieża. Jako legat Piusa XII konsekrował w Lourdes podziemną bazylikę św. Piusa X. Pytany przez dziennikarzy, co chciałby powiedzieć Francuzom na pożegnanie, odparł: "Pokutujcie, pokutujcie, pokutujcie".

W kafejce na placu św. Marka

Tak jak w Stambule chodził po bazarach, a w Paryżu przechadzał się między stoiskami bukinistów nad brzegami Sekwany, podobnie w Wenecji często można było go spotkać siedzącego w kafejce na placu św. Marka i gawędzącego z mieszkańcami miasta. Zawsze chciał kontaktować się z ludźmi w sposób bezpośredni, nie uroczysty. "Taka jest rola pasterza: liczyć owce jedna po drugiej" - deklarował patriarcha.

Jako papież tęsknił do kontaktu z prostymi ludźmi. "Dziś rano przyjmuję kardynałów, książąt, ważnych przedstawicieli rządów. Ale po południu spędzę parę chwil ze zwykłymi ludźmi, których jedynym tytułem jest godność istot ludzkich i dzieci Bożych" - cieszył się Jan XXIII. "Zaproszę dziś do siebie - notował - nowych rekrutów Gwardii Szwajcarskiej, abyśmy mogli się poznać przy szklaneczce wina".

Już na początku pontyfikatu zdobył serca ludzi wizytami w szpitalu dziecięcym oraz w więzieniu, gdzie ocierał łzy skazanym i opowiadał, jak jeden z jego krewnych trafił do aresztu za kłusownictwo...

Nie robię nic gorszącego

Papieskie obowiązki nie zmieniły jego skłonności do żartów. Podczas odwiedzin w szpitalu Ducha Świętego, roztargniona siostra przełożona przedstawiła się słowami: "Jestem przełożoną Ducha Świętego", na co Jan XXIII odparł: "Ma siostra szczęście, ja jestem tylko wikariuszem Jezusa Chrystusa". Innym razem pytano go, co sądzi o telewizji. "Odkąd zobaczyłem w niej, jak zostałem papieżem, przywiązuję do niej duże znaczenie" - odpowiedział z błyskiem w oku. O jednym ze swoich współpracowników mawiał: "Ma wiele pomysłów, lecz czasem zastanawiam się, kto tu jest papieżem: on czy ja...". Burzył się, gdy zamykano turystom wstęp na kopułę bazyliki św. Piotra, kiedy przechadzał się po ogrodach watykańskich: "Ale dlaczego ludzie nie mogliby mnie zobaczyć? Przecież nie robię tam nic gorszącego!".

Świeże powietrze dla Kościoła

Gdy po raz pierwszy wszedł do swych watykańskich apartamentów, otworzył okno mówiąc: "Wpuśćmy trochę świeżego powietrza". Gest ten stał się symbolem jego pontyfikatu. "Świeżego powietrza" dla Kościoła oczekiwał po soborze, który rozpoczął w 1962 r. "Był to krok nieoczekiwany, snop niebiańskiego światła" - wyznał w inaugurującym go przemówieniu. Dokonał w nim też kopernikańskiego przewrotu w teologii, wprowadzając rozróżnienie pomiędzy niezmiennym depozytem wiary a sposobem jej wyrażania, który należy dostosowywać do czasów, w których żyje Kościół. Takim dostosowaniem była decyzja o odejściu w tekstach soborowych od potępiania czyichkolwiek poglądów na rzecz pozytywnego wykładu wiary.

Taka postawa charakteryzowała go zresztą przez całe życie. "Nie potępiał ludzi, tylko ich błędy - analizuje Zbigniew Czajkowski. - Mówiąc zaś słowa miłości i braterstwa rozbrajał nimi przeciwników i zyskiwał dla Kościoła to, czego [inni] nie mogli osiągnąć anatemami". Czytając jeden z projektów przygotowanych na obrady soboru, złościł się: "Zobaczcie, w tym schemacie jest 30 cm potępień!". "Kościół woli dziś posługiwać się bronią miłosierdzia niż surowości" - tłumaczył.

Kościół to nie muzeum

Wychodził z założenia, że przedstawiciele Kościoła nie mogą "zamykać się w fortecy", traktując wiarę jak przedmiot kontemplacji, ukryty niczym skarb. "Kościół nie jest muzeum archeologicznym" - przekonywał. To raczej publiczna studnia, do której ludzie od pokoleń przychodzą czerpać wodę. Jego zadaniem jest dawać tę wodę wszystkim. Używał też innego porównania: "Jesteśmy na ziemi po to, by uprawiać ogród kwitnący życiem, i któremu obiecana jest chwalebna przyszłość".

Od soboru oczekiwał zdmuchnięcia "imperialnego pyłu, który zgromadził się na tronie św. Piotra od czasów Konstantyna". "Jestem ubrany jak perski satrapa" - żalił się. Nie cierpiał noszenia go w sedia gestatoria ("to najbardziej niewygodny fotel, jaki znam") i towarzyszących mu olbrzymich wachlarzy zapożyczonych z dworu faraonów. "Ma rację nasz Józek, gdy mówi swemu bratu - papieżowi, że jest więźniem luksusu" - wzdychał w obecności rodziny. Pytany, co chciałby robić, gdy już skończy się sobór, Jan XXIII odparł rozmarzony: "Przez cały dzień pracować w polu razem z mymi braćmi".

Potrafił też dostrzegać zmarszczki na obliczu Kościoła. "Jak przykro - mówił do włoskich księży - jest żyć z niektórymi współbraćmi, ciągle mówiącymi tylko o zewnętrznej formie posługi kapłańskiej, którym trudno jest wykorzenić z serca nie zawsze skrywane ani skromne pragnienie i szukanie awansów i wyróżnień, którzy przywykli do mówienia o wszystkim w ciemnych barwach, przygotowując sobie przedwcześnie nudną i ponurą starość". Niejeden raz teksty papieskich przemówień ukazywały się w "L'Osservatore Romano" okrojone, ocenzurowane przez prałatów, przekonanych o doskonałości Kościoła. Nie zawsze z uznaniem Kurii Rzymskiej spotykało się papieskie otwarcie na kraje bloku komunistycznego. O spotkaniu Jana XXIII z zięciem radzieckiego przywódcy Nikity Chruszczowa - Aleksiejem Adżubejem watykański dziennik poinformował dopiero po pewnym czasie!

Pojednajmy się

Drugim ważnym zamysłem papieża Jana było pragnienie doprowadzenia do zjednoczenia chrześcijan. Dlatego na obrady soboru zaprosił przedstawicieli innych wyznań w charakterze obserwatorów, którzy choć nie mieli prawa decydowania, mogli przedstawiać swoje opinie. Wiadomo, że np. bracia Roger Schutz i Max Thurian z Taizé wnieśli swój wkład w ostateczny kształt trzech spośród 16 soborowych dokumentów.

Idea jedności, była tak droga sercu papieża, że umierając powtarzał: "Ut unum sint" (Aby byli jedno...). Jednak jedność tę pojmował tradycyjnie. Chciał, aby inni chrześcijanie wrócili do Kościoła katolickiego. Z drugiej strony uznawał winę katolików w zaistnieniu podziałów. Dlatego zachęcał, by nie kłócić się, kto miał rację, lecz po prostu podać sobie ręce w geście pojednania.

Moje walizki są spakowane

"To łóżko jest ołtarzem. Ołtarz domaga się ofiary. Jestem gotów" - mówił podczas agonii. "Moje walizki są spakowane. Gdy przyjdzie moment, by odejść, nie będę się ociągał" - zapewniał. Choć bardzo cierpiał, troszczył się o innych. "Kiedy będzie już po wszystkim, nie zapomnij odwiedzić swej matki" - zachęcał sekretarza, ks. Lorisa Capovillę.

"Łagodność, dobroć, miłość" - takie przesłanie zostawił Kościołowi i światu w testamencie. Chciał - wedle własnych słów - pozostać w pamięci jako ktoś, kto nie budował murów podziałów i nieufności, kto nie zasmucał nieśmiertelnych dusz, zasiewając w nich podejrzenie lub lęk, kto był szczery, lojalny i ufny, kto patrzył z braterską sympatią nawet na tych, którzy nie podzielali jego poglądów. Takiego właśnie papieża opłakiwał cały świat. Takiego właśnie człowieka 3 września 2000 r. papież Jan Paweł II ogłosił błogosławionym.

5 lipca 2013 r. papież Franciszek uczynił wyjątek i wyraził zgodę na kanonizację Jana XXIII bez wymaganego cudu uzdrowienia za jego wstawiennictwem. Uznał cud wybrany do beatyfikacji w 2000 roku. Natomiast 30 września 2013 r. podczas konsystorza wyznaczył datę kanonizacji wraz z bł. Janem Pawłem II na 27 kwietnia 2014 r. w Niedzielę Miłosierdzia Bożego.

Św. Siostra Faustyna

„Jesteś sekretarką mojego miłosierdzia, wybrałem cię na ten urząd w tym i przyszłym życiu. Tak chcę, pomimo wszystkich przeciwności, jakie ci stawiać będą; wiedz,że upodobanie moje nie zmieni się” (Dz. 1605).

Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w rolniczej rodzinie z Głogowca k/Łodzi jako trzecie z dziesięciorga dzieci. Dwa dni później została ochrzczona w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Świnicach Warckich (diecezja włocławska). Nadano jej wówczas imię Helena. Kiedy miała siedem lat, po raz pierwszy usłyszała w duszy głos wzywający do doskonalszego życia. W 1914 r. przyjęła I Komunię świętą, a dopiero trzy lata później rozpoczęła naukę w szkole podstawowej.

Mimo dobrych wyników uczyła się tylko trzy lata, potem musiała zrezygnować, aby pomagać matce w domu.

W szesnastym roku życia opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Przez cały czas bardzo pragnęła życia zakonnego, ale rodzicom powiedziała o swoich zamiarach dopiero w 1922 r. Ojciec jednak nie wyraził zgody, motywując odmowę brakiem pieniędzy na wyprawę wymaganą w klasztorach.

W lipcu 1924 r., kiedy Helena z koleżankami uczestniczyła w zabawie w parku koło łódzkiej katedry, Pan Jezus przemówił do niej i polecił niezwłocznie pojechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru.

Helena postanowiła nie wracać do domu i postawić rodziców przed faktem dokonanym. O tym planie powiedziała tylko siostrze, z którą była, i pierwszym pociągiem przyjechała do Warszawy.

Tu następnego dnia zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Musiała jednak jeszcze rok przepracować w Warszawie, aby odłożyć pieniądze na skromną wyprawę. 1 sierpnia 1925 r. została przyjęta do Zgromadzenia. Postulat odbywała w Warszawie, a nowicjat w Krakowie, gdzie w czasie obłóczyn zakonnych razem z habitem otrzymała imię Maria Faustyna.

Od marca 1926 r.Bóg doświadczał siostrę Faustynę ogromnymi trudnościami wewnętrznymi; wiele przecierpiała aż do końca nowicjatu.

W Wielki Piątek 1927 r. zbolałą duszę nowicjuszki ogarnął żar Bożej Miłości. Zapomniała o własnych cierpieniach, poznając, jak bardzo cierpiał dla niej Jezus. 30 kwietnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby zakonne, następnie z pokorą i radością pracowała w różnych domach zakonnych, m.in. w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc rozmaite obowiązki. Zawsze pozostawała w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jej bogate życie wewnętrzne wspierane było poprzez wizje i objawienia.

Święta Faustyna Kowalska W zakonie przeżyła 13 lat. 22 lutego 1931 r. po raz pierwszy ujrzała Pana Jezusa Miłosiernego. Otrzymała wtedy polecenie namalowania takiego obrazu, jak ukazana jej postać Zbawiciela, oraz publicznego wystawienia go w kościele.

Mimo znacznego pogorszenia stanu zdrowia pozwolono jej na złożenie profesji wieczystej 30 kwietnia 1933 r. Później została skierowana do domu zakonnego w Wilnie.

Na początku 1934 roku zwróciła się z prośbą do artysty-malarza Eugeniusza Kazimierskiego o wykonanie według jej wskazówek obrazu Miłosierdzia Bożego. Gdy w czerwcu ujrzała ukończony obraz, płakała, że Chrystus nie jest tak piękny, jak Go widziała. Dzięki usilnym staraniom ks. Michała Sopoćko, kierownika duchowego siostry Faustyny, obraz został wystawiony po raz pierwszy w czasie triduum poprzedzającego uroczystość zakończenia Jubileuszu Odkupienia świata w dniach 26-28 kwietnia 1935 r.

Został umieszczony wysoko w oknie Ostrej Bramy i widać go było z daleka. Uroczystość ta zbiegła się z pierwszą niedzielą po Wielkanocy, tzw. niedzielą przewodnią, która - jak twierdziła siostra Faustyna - miała być przeżywana na polecenie Chrystusa jako święto Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał Sopoćko wygłosił wówczas kazanie o Bożym Miłosierdziu.

W 1936 r. stan zdrowia siostry Faustyny pogorszył się znacznie, stwierdzono u niej zaawansowaną gruźlicę.

Od marca tego roku do grudnia 1937 r. przebywała na leczeniu w szpitalu na krakowskim Prądniku Białym. Wiele modliła się w tym czasie, odwiedzała chorych, a umierających otaczała szczególną modlitewną pomocą.

Po powrocie ze szpitala pełniła przez pewien czas obowiązki furtianki. Starała się bardzo, by żaden ubogi nie odszedł bez najmniejszego choćby wsparcia od furty klasztornej.

Wywierała bardzo pozytywny wpływ na wychowanki Zgromadzenia, dając im przykład pobożności i gorliwości, a zarazem wielkiej miłości.Chrystus uczynił siostrę Faustynę odpowiedzialną za szerzenie kultu Jego Miłosierdzia. Polecił pisanie Dzienniczka poświęconego tej sprawie, odmawianie nowenny, koronki i innych modlitw do Bożego Miłosierdzia.

Codziennie o godzinie 15:00 Faustyna czciła Jego konanie na krzyżu.

Przepowiedziała także, że szerzona przez nią forma kultu Miłosierdzia Bożego będzie zabroniona przez władze kościelne. Dzięki s. Faustynie odnowiony i pogłębiony został kult Miłosierdzia Bożego.

To od niej pochodzi pięć form jego czci: obraz Jezusa Miłosiernego ("Jezu, ufam Tobie"), koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godzina 15, w której Jezus umarł na krzyżu), litania oraz święto Miłosierdzia Bożego w II Niedzielę Wielkanocną.

W kwietniu 1938 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia siostry Faustyny. Ksiądz Michał Sopoćko udzielił jej w szpitalu sakramentu chorych, widział ją tam w ekstazie. Po długich cierpieniach, które znosiła bardzo cierpliwie, zmarła w wieku 33 lat - 5 października 1938 r. Jej ciało pochowano na cmentarzu zakonnym w Krakowie-Łagiewnikach. W 1966 r. w trakcie trwania procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny, przeniesiono jej doczesne szczątki do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.

S. Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 r., a ogłoszona świętą 30 kwietnia 2000 r. Uroczystość kanonizacji przypadła w II Niedzielę Wielkanocną, którą św. Jan Paweł II ustanowił wtedy świętem Miłosierdzia Bożego. Relikwie św. siostry Faustyny znajdują się w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie mieści się sanktuarium Miłosierdzia Bożego odwiedzane przez setki tysięcy wiernych z kraju i z całego świata.

Dwukrotnie nawiedził je również św. Jan Paweł II, po raz pierwszy w 1997 r., a po raz drugi - 17 sierpnia 2002 r., aby dokonać uroczystej konsekracji nowo wybudowanej świątyni w Krakowie-Łagiewnikach i zawierzyć cały świat Bożemu Miłosierdziu.